„Za dużo i niespokojnie. Przerażenie przykucniętej w kącie dziewczynki. Gdy tata wracał pijany i mama krzyczała. Gdy w szkole się śmiali, że gruba i wzorowa uczennica. Gdy świat nie był pod kontrolą, bo pan od w-fu kazał skakać przez kozła, a to niewykonalne i ośmieszające. Gdy trzeba było anoreksją sprzątnąć ten syf. Żeby nic nie było. Pusto w brzuchu, cicho w głowie, spokój. Skupienie na doskonale zaplanowanym znikaniu.”

Boję się wojny.

Tak, nie mam kontroli. Gdy dzieje się okrutnie, ja wysiadam. Ty też? W nocy koszmarne obrazy i dźwięki. Skąd tyle tego i tak wyraźnie w mojej jednej głowie? – nie wiem. Jestem waleczna w czasach pokoju, a teraz znikam. Jak szkolić innych z radzenia sobie ze stresem będąc tak rozwaloną? Kiedy wokół szaleje PTSD? Wydaje się, że nie zniosę tej opresji! To, co wraca w snach, wspomnieniach, urywkach czegoś nienazwanego w formie, jest nie tylko o mnie. Od kilku tygodni misternie rozplątuję zwoje swojego systemu nerwowego, różne, stare i nowe, że kiedyś mnie skrzywdzono, że ja skrzywdziłam, że Oświęcim, że Hiroszima, że Rwanda …. To czuję, że traumy i lęki rodzinne, pokoleniowe, narodowe nawarstwiają się nieznośnie nie tylko we mnie i przeze mnie przepływając. Absurd niby życia, gdy śmierć. Tyle śmierci, gwałtu, przemocy tak blisko, że dotyka i boli, paraliżuje.

Jak się zaopiekować emocjami, gdy ochronnie wraca ucieczka i zamrożenie, niebycie? Odciąć się, stłumić czy tulić, kołysać, być opiekunką tego jęku, rozpaczy, wycia z niemocy. Czy uniosę ten ciężar, ogarnę w wątłych od wątpliwości ramionach? Czy wybiorę właściwą odpowiedź zamiast znanej reakcji dla szybkiej ulgi. No raczej.

No raczej!

No raczej. Widząc narastająca niemoc, z cicha, a coraz głośniej, przywołuję moc. Bo znam mechanizm, wiem, że już skrada się depresja, słyszę jej kroki, odczytuję jej myśli. Jest podstępna, bo wie, że obezwładnia mnie brak sensu i wartości w świecie. Że wtedy mówię „do widzenia” – skracam udrękę, znikam, zostawiam ten gnój bestiom i idiotom skoro mają w tym cel, ubaw, władzę. Ja nie mam – do widzenia w innej czasoprzestrzeni zatem.

O tak bym chciała zniknąć, rozpłynąć się, wejść w stan hibernacji na 100 lat… – obserwuję te chęci i odpowiedzialnie zostaję. Odważnie, bardzo.

Jestem uważnie ostrożna na to, czym karmię głowę i serce. Co wpuszczam do kołowrotka rozmyślań, co trawię w bezustannych analizach, w czym utykam uczuciowo-zmartwieniowo. Byle nie za długo, byle nie za głęboko. Stop. Bo można się zepsuć na ciele i umyśle i zapaść się na zdrowiu na dłużej niż chwilka.

A chwilka jest do zaopiekowania. Choćby własną empatią i współczuciem, czy rozmową z kimś bliskim.

Lęk chciałby wycofania, bo marzy o bezpiecznym świecie i nie chce być obecny w tym obecnym, a w inny nie ma teraz podstaw wierzyć.

Jednak lata pracy nad sobą i mądrego rozwoju, chcą nieustająco dawać wsparcie sobie i innym, by ten bezpieczny świat w mikroskali wznosić tu i teraz w ścianach swojego domu, w strukturach swojej pracy. Nie jestem moimi emocjami, nie jestem moimi myślami. Mam je, przeżywam i działam. Mimo ich intensywności – gotowa na wysiłek. Nie poddam się, bo to by znaczyło, że innego świata nie będzie. Że zostają potwory, oprawcy, a śmierć i tortury ofiar nie mają znaczenia. Czego nie chcę widzieć? Czego nie chcę słyszeć?…

Więc mimo lęku, ze zrozumieniem, co odpala go tak paraliżująco mocno, odsłaniając dawne i nie tylko moje obszary bólu, póki mogę, działam.

Dygocę i działam.

Nie chcę tu być i jestem. Dla pokoju choćby w jednym sercu i spokoju choćby w jednym umyśle. By na marne nie poszły lata przygotowań do takich chwil jak ta.

Okoliczności przyrody i okoliczności historyczne tak różne, ale nie ucieknę w inny wymiar. Wiem, jak się zatrzymać tu i teraz, być pomimo wszystko. Być człowiekiem i z lękiem i z odwagą. Być potwornie zmęczonym tym wszystkim i być razem z innymi zmęczonymi i przerażonymi.

Taki trudny wspólny czas. Dbajmy o siebie zanim minie. Zanim miniemy. Z największą czułością – dbajmy o siebie.

 

Napisz swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *