Napisałam o swojej depresji pocovidowej. Odzew na ten post mnie poruszył. Dziękuję za dzielenie się.

Wasze historie i reakcje pokazały jak powszechne jest teraz mierzenie się z własnym psychicznym cierpieniem i cierpieniem bliskich. Niepewność, niedostosowanie i niemoc są na porządku dziennym. I jak milczymy na ten temat przezornie, bo zżera nas wstyd, nieufność, wycofanie – mimo że uczestniczymy w tych pandemicznych realiach razem – póki żyjemy.

Okazuje się, że mierzenie się z obniżonym nastrojem dotyka szczególnie wszelkiej maści pomagaczy: lekarzy, terapeutów, coachów, nauczycieli.

Często idea pracy dla dobra innych tak nas pochłania, że przyjmuje postać nadmiernej motywacji osiągnięć. Obiecujemy sobie, że dopóki w pełni wszystkim nie pomożemy, to nie spoczniemy! Budujemy swoją tożsamość i poczucie wartości na idealnym pomaganiu. Kręci nas ten wyjątkowy szlachetny sukces – wspinanie się na wyżyny swoich możliwości i uzyskiwanie wymarzonego rezultatu – zmiany świata na lepsze przez zniwelowanie cierpienia i zdjęcie go z barków ludzkości.

A przecież nawet największe wysiłki najmądrzejszych z nas nie są w stanie dokonać tego, by za życia zapanowała wieczna ulga od cierpienia. Nabywając coraz to nowych kwalifikacji, trenując kolejne umiejętności, robiąc tak wiele… dochodzimy do kresu wytrzymałości i ogarnia nas wyczerpanie. I to jest moment, gdy nie dajemy rady wysłuchać kolejnej tragicznej historii, otrzeć czyichś łez, czy złożyć złamanego serca. Bycie stale empatycznym i połączonym z przestrzenią bólu nas przytłacza, a przesadne zaabsorbowanie brutalną rzeczywistością otaczających nas trudności zabiera dystans i osłabia motywację do bycia serdecznym i współczującym. Mamy dość. Nadzieja, że jakimś cudem uda się uratować cały świat słabnie z chwili na chwilę, opadamy z sił, wątpimy w siebie, a może nawet chcemy się przekwalifikować, jeśli wcześniej nie rozpłynęliśmy się w poczuciu winy, że nie daliśmy rady dotrzymać obietnicy bycia zawsze super pomocnym. Pojawia się rezygnacja, krytyczna samoocena, że jesteśmy za słabi, za wrażliwi. Zwyczajnie niekompetentni.

Genialne, jeśli wtedy zaświta nam pomysł, że musimy zatroszczyć się o siebie. Skierować własny wzrok ku sobie, otworzyć szerzej serce, ugościć w nim swoje wyczerpanie, łagodnie zająć się się sobą, zanim znowu zdecydujemy się pomagać innym. Gdy sami doświadczymy zmagań z tym wszystkim, co boli, gniecie, szarpie od środka i zrozumiemy meandry własnego skonfundowanego umysłu, będziemy mogli lepiej zrozumieć umysł drugiego człowieka. Gotowość zanurzenia się w naszym nieprzewidywalnym trudnym człowieczeństwie i spotkania z tym, czego w sobie nie lubimy – wstydem, żalem, niską samooceną, skończonością – wnosi zdolność głębokiej przemiany. Panika, wściekłość, strach, zniechęcenie, rozczarowanie, smutek, zazdrość, urażona duma, nerwica – zamiast się od tego odwracać z zażenowaniem i niechęcią – być z tym, wejść w strefę cienia, wytrzymać odważnie, zbadać z serdecznością, poznać z szacunkiem… i zacząć sobie w pełni po ludzku współczuć tych pretensji, autosabotażu, samokrytycznych uwag.

Tak, też jesteśmy ludźmi i w tym ludzkim ograniczeniu i kruchości, a zarazem łagodności i dobrej woli, możemy być sami dla siebie wspierający. Możemy stopniowo zapraszać siebie do odczuwania tego, co naprawdę czujemy. Nie tłumić, uważnie być z tym, co trudne i paskudne w nas samych. To bolesne, a czasem przerażające doświadczenie może być etapem wielkiej kreatywności i transformacji w głębi naszego osobistego istnienia. Może być portalem, przejściem do nowej postawy wobec siebie i innych. Koniec z idealizmem. Nie tyle mamy się wznieść ponad cierpienie, ale pochylić się nad jego rzeczywistością, spotkać z nim w jego okrucieństwie odczutym na własnej skórze. Nie unikać, a angażować się. I zrozumieć, że zajmowanie się cierpieniem chwila po chwili, kiedy się tylko ono pojawia, jest bardziej realne i wykonalne niż formułowanie wzniosłych celów zbawienia od niego ludzkości.

W ten sposób z rozpaczy i chaosu, z totalnej dezintegracji wyłania się nowa integracja. Ja cierpię i ty cierpisz. Jesteśmy równi w tym przeznaczeniu. Jednak cierpienie powoduje, że wyzwolona zostaje olbrzymia moc uzdrawiania – współczucie dla siebie i innych. Przebudzenie prawdziwie głębokiego czułego współczucia, a nie powierzchownie słodkiego sentymentalizmu, jest uzależnione od przepracowania, zaopiekowania się ciemnymi stronami naszego ja, które uwydatnia przeżywany kryzys. Gdy łączymy się z energią współczującej miłości wyzwala się odporność i siła wewnętrzna, której nie przewidywaliśmy. Symbolicznie: po ciemnej nocy – następuje rześki jasny poranek.

Warto być gotowym na zetknięcie z błotem własnego doświadczenia, by dzięki temu otworzyć się mądrzej na zmagania i trudności innych ludzi. Ta mądrość czeka na odkrycie, by zacząć pomagać innym bardziej świadomie, wiedząc, że nikt nie może żyć bez nieprzyjemnych emocji i skomplikowanego umysłu. Ale każdy może dokonywać wyborów i troskliwie kształtować swoje doświadczenie z chwili na chwilę, rozwijając odporność, a jednocześnie nie zapominając o swojej wrażliwości. Akceptując ją.

Rozczarowanie sobą może być wtedy początkiem narodzin czegoś bardziej autentycznego i opartego na mocniejszych fundamentach. Stanu, w którym przyjmujemy, że cierpienie jest nieskończone, ale nasz entuzjazm i zapał pomocowy z tego powodu wcale nie znikają. Znika za to idealistyczna motywacja osiągnięć – pomóc najlepiej wszystkim teraz, bo jeśli nie to… porażka.

Szczere angażowanie się we własny świat emocjonalny i świat innych ludzi z wiedzą, że jest on częścią naszej ludzkiej natury, pozwala odkryć ścieżkę, którą łatwiej wspólnie podążać. A po samodzielnym odważnym przepracowaniu bólu i trudności typowych dla naszych czasów, można stać się uczciwym wiarygodnym wzorem dla innych. To daje szansę, by wznieść nasze pomocowe działania na inny poziom – łączności wszystkich ludzi, bez wyłączania kogokolwiek. Bo bycie człowiekiem jest trudne dla każdego. Dla mnie i dla Ciebie. Tak to widzę teraz.

A kiedy kwiat lotosu wyrośnie już z błota – pielęgnujmy go, skoro z godnością przez to błoto przeszliśmy. Otwórzmy się na to, co jasne i dobre, by uwaga zasilana była również radością i przyjemnością. To też część życia, do której mamy dostęp. I nawet jeśli to nie powstrzyma cierpienia, to łatwiej nam będzie z nim być dzięki świadomemu otwieraniu się na obecność choćby małego szczęścia w naszym życiu.

Hmmm…… Dziś rano „przyłapałam się” na tym, że jedząc pyszną owsiankę, czując na twarzy promienie słońca wpadające prze okno, słysząc odgłosy budzącego się domu, widząc przeciągającego się zdrowo kota, zaczęłam spontanicznie tańczyć przy radiowej muzyce typu „o lalala, ajlawiu bejbi”. Ależ fale wolności i życiowej ekspresji przepłynęły przeze mnie! I przy tym zostałam, a nie przy mgnieniu myśli „ale to głupie”… Obym umiała tę lekkość, która mnie wtedy wypełniła zatrzymać jak najdłużej. Obym ulotność tej chwili potrafiła zamienić w trwalszy stan umysłu. Emocje taplania się błocie, jak i emocje rozkwitu w radości i zadowoleniu są dla nas. Umieć je przyjąć i oswoić – bezcenne.

Nadawanie każdemu dniu intencji zauważania chwil mikroszczęścia i drobnych radości – było potężną siłą, która pomogła mi wydostać się z dołu depresji. Nie było wcale łatwo przy ogólnie kiepskim nastroju łapać te chwile, zatrzymywać i pozwalać sobie je w pełni odczuwać i dlatego każdy taki akt zauważenia radości (pomagały tu post-ity i przypominajki w telefonie 🙂 był powodem do pogratulowania sobie intencjonalnej uważności. Dawał mi poczucie sprawczego panowania nad życiem, a raczej nad tym, jakie jakości chcę do mojego życia wpuszczać i pielęgnować.

Radości w moim życiu jest coraz więcej, a przecież świat się nie zmienił. Ja zmieniłam swoje podejście do świata. Zmieniaaaaam – bo to świadoma nieustająca praca nad zmianą nawyków. Jestem wdzięczna życiu za jego dynamikę i możliwość poznawania siebie z tak różnych stron i w różnych momentach.

 


 

W starożytnym micie Czenreziga przysięgał, że będzie niestrudzenie pracować dla dobra wszystkich żyjących istot, by były wolne od cierpienia, a jeśli złamie swoją obietnicę, to za karę rozbije się na 1000 kawałków. Czenreziga wykonywał swoją obietnicę całą wieczność, by osiągnąć swój cel. Któregoś dnia, chcąc sprawdzić rezultaty swojej pracy, wszedł na najwyższą górę. Zobaczył, że mimo swojego olbrzymiego wysiłku nieskończenie wiele żywych istot jest nadal pogrążonych w nędzy i cierpieniu. Przygnębiony tym faktem zrezygnował ze swojej misji i rozsypał się na 1000 kawałków. Kiedy został złożony w całość, jego praca była już inna. Mniej idealistyczna, bardziej realna i uwzględniająca naturę cierpienia jako nierozłącznego z życiem. Także własnego cierpienia.

Napisz swój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *